Uncategorized

NUXE REVE DE MIEL Balsam do ust ultraodżywczy

Witajcie!


Co prawda zima już minęła, ale pozwolę sobie wrócić do tych klimatów, a konkretnie do tematu pielęgnacji ust.

Moje usta są bardzo wymagające, szczególnie w okresie jesień/zima, ale nie jest powiedziane że nagle im coś się nie spodoba w środku lata. Testowałam wiele różnych pomadek i balsamów odżywczych i przyznam, że nie znalazłam jeszcze tego jedynego czy tej jedynej. Ciężko jest dogodzić, ponieważ bywa że usta są popękane do krwi, całe w skórkach i każdy ze specyfików działa na nie przez tydzień albo parę dni. Potem się do niego przyzwyczajają i mogę się pocić ile wlezie i nic to nie da.

W tym roku nie było inaczej. Wybrałam pomadki głównie z półki aptecznej. Wiele osób mówi, żebym smarowała witaminą A, niestety ta całkiem sobie nie radzi. Zachęcona opiniami pani sprzedawczyni zaryzykowałam i kupiłam balsam z Nuxe serii Reve de Miel. Wahałam się, ale stwierdziłam-ok, może w końcu to będzie to coś! Nie było, oczywiście nie neguję działania tego balsamu, bo jest bez dwóch zdań moim najukochańszym, a jednak czegoś nadal brakuje.

Balsam znajduje siew  ślicznym, malutkim słoiczku, który jest dość ciężki. Sam słoiczek wykonany został z półprzezroczystego szkła, a zakrętka jest biała i plastikowa. Nie mamy tutaj za dużo napisów i szczegółowych informacji-ot co standardowy symbol NUXE, który swoją drogą bardzo mi się podoba. Zewnętrzne opakowanie,kartonik, przypomina kolorem miód i nawet znajduje się obrazek z kawałkiem plastra miodu. Oczywiście to wszystko nie bez powodu ma się nam tak kojarzyć. Co bardzo mnie boli, nie ma napisów w języku polskim. Jasne większość z nas zna angielski, niemiecki oraz inne języki, ale sama wiem po sobie, że nie jestem ani poliglotą ani nie wierzę w to, że każdy zrozumie, choćby starsze panie. Szczerze powiedziawszy nie kojarzę, żeby znajdowała się na zewnętrznym opakowaniu choćby plakietka informacyjna w języku polskim, może mi to umknęło, więc nie daję sobie ręki uciąć że tak jest.

Kolor balsamu również kojarzy się z miodem. Jest to bardzo ciemna żółć wpadająca wręcz chwilami w pomarańczowe tony. Zapach jest dość specyficzny, ale nie uciążliwy. Ciężko powiedzieć jaka jest to woń -lekko cytrusowa, pomieszana z kwiecistą. Doprawdy nie jestem w tym dobra. Konsystencja lepka, gęsta i miękka. Palec łatwo zatapia się w produkcie i chce się go dotykać, bo jest to bardzo przyjemne. Produkt wyjątkowo dobrze się nakłada, na ustach niestety powstaje warstwa, która jest wyczuwalna i trochę widoczna. Mi to w żaden sposób nie przeszkadza, ale wiem że niektórym osobom bardzo dlatego nie polecam tego takim wrażliwcom-obecność balsamu na ustach utrzymuje się dość długo.

Skład jest na prawdę długi, co nie oznacza jednak że produkt jest zły i napakowany głównie samą chemią. Znadziemy w nim:
cera alba/beeswax (wosk pszczeli) , butyrospermum parkii (shea) butter (masło shea) , olus oil/vegetable oil (olej roślinny) , lecithin ( lecytyna-nie znalazłam o niej za dużo jedynie że to związek organiczny obecny we wszystkich komórkach ciała), behenoxy dimethicone, prunus amygdalus dulcis (sweet almond) oil (olej migdałowy), mel/honey (miód), dimethicone, ethylhexyl methoxycinnamate, citrus grandis (grapefruit) peel oil (olejek grejfrutowy) , caprylic/capric triglyceride, hydrogenated vegetable oil (hydrolizowany olej roślinny), glycine soja (soybean) oil (olej sojowy), rosa moschata seed oil(olej z róży piżmowe), tocopheryl acetate, tocopherol, citrus limon (lemon) peel oil (olej cytrynowy), candelilla cera/euphorbia cerifera (candelilla) wax (wosk roślinny), allantoin, calendula officinalis flower extract(ekstrakt z nagietka lekarskiego), bht (antyutleniacz) , helianthus annuus (sunflower) seed oil (olej słonecznikowy), citric acid, limonene, citral, linalool,geraniol.

Nie tłumaczyłam wszystkich składników, ponieważ zależało mi na pokazaniu Wam jak wielkie bogactwo olejków znajduje się w tak niewielkim słoiczku (15g). Balsam jest bardzo treściwy i muszę przyznać, że to widać na pierwszy rzut oka. Co więcej wydajność jest zaskakująca. Czasami używam go kilka razy w ciągu dnia, a słoiczek nadal jest do połowy pełny mimo że mam go od listopada. 



Kondycja moich ust jest o wiele lepsza niż na początku stosowania. Nadal mam problem z pękaniem i nie mogę powiedzieć, że jest idealnie, ale w porównaniu do innych dał najlepsze efekty. Potrzebuje czasami sięgnąć po zdzieraki typu pomadka z peelingiem od Sylveco, bo sam balsam poprawia wygląd, nie jest  natomiast w stanie zetrzeć resztek szminek i mocno odznaczających się skórek. Działa na moje usta- mimo stosowania przez długi czas, efekt potrafi się utrzymywać dłużej niż tylko godzinę. Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona i składem i działaniem. Usta można smarować na noc, jeśli oblepienie stanowi dla nas problem. Momentami, jeśli  są na prawdę spierzchnięte czuć po posmarowaniu ukojenie. Miodek nie ma smaku i nie kusi nas dodatkowo do oblizywania, które tylko pogarsza sytuację. Należy do moich ulubieńców, choć cena waha się od 30 złotych wzwyż. Wydajność jednak wszystko wynagradza-pomadek z Nivei zużyłabym w tym czasie kilka, nie licząc już tego że skład przynajmniej w moim odczuciu jest dość istotny. Oczywiście boję się chemii jak diabeł wody święconej, ale w tym wypadku naturalne okazało się dużo lepsze. Poradził sobie ładnie, ale nadal szukam ideału. Mam nadzieję, że coś go przebije i w końcu moje staną się w 100% piękne i gładkie. 


Miałyście go? Może macie swojego ulubieńca? 

 

Udostepnij: