Denko kosmetyczne

Denko marzec 2017

Witajcie!
Ten tydzień będzie pełen podsumowań. Poza tzw. projektem denko będziecie mogli poczytać o nowościach marca oraz moich włosowych osiągnięciach. Dziś zapraszam Was na porcję moich zużyć, może coś wpadnie Wam w oko. 
1. Garnier Loving Blends, odżywka kokos i ryż. Pisałam dzisiaj jednej z dziewczyn, że ja z Garnierem się nie lubię. Na ogół tak jest, ale ta odżywka wyjątkowo dobrze spisywała się na moich włosach i chętnie po nią sięgnę po raz kolejny. Poza przepięknym zapachem i dość gęstą konsystencją oraz dobrą wydajnością otrzymujemy produkt, który świetnie wygładza włosy i nadaje im blasku. Obawiam się, że posiadaczki cienkich włosów mogłyby co nieco narzekać, ponieważ zbyt by je dociążyła. Stanowczy minus za brak dostępności w Polsce tej serii.  
2. L’oreal Paris Colorista, rozjaśniacz. Zapragnęłam eksperymentów na włosach, a ten rozjaśniacz nie zawierał amoniaku więc sięgnęłam po niego ochoczo. Nałapał sporo plusów, ponieważ głowa mnie nie swędziała, zapach nie drażnił moich nozdrzy i nie przyprawiał mnie o ból głowy, a samo działanie można uznać za bardzo dobre. Nie obeszło się bez żółtka na głowie, którego bardzo szybko się pozbyłam dzięki masce gencjanowej. Produkt ten powstaje przez wymieszanie kremu z proszkiem i ma bardzo tępą konsystencje, przez co nakłada się go tragicznie! U mnie efekt lepszy niż po farbowaniu i odczucia dużo przyjemniejsze. 
3. L’oreal Paris Colorista Washout, niebieska farba dwutygodniowa. Wszyscy mnie przestrzegali, ale ja poszłam w zaparte i zrobiłam sobie niebieskie ombre. Cóż, teraz powinna być chwila ciszy i to oczekiwanie na jęki, iż to był błąd. Zawiodę Was, nie był! Ombre wyszło świetnie, lecz na moich gęstych włosach wymagało dwóch tubek farby, która kosztuje 28 złoty za jedną. Gdyby ktoś chciał pokryć całe włosy musiałby się liczyć ze sporym kosztem. Efekt jest fenomenalny, niebieskie włosy podkreślają kolor moich oczu i zdecydowanie pasują mojej urodzie. Obawiam się co nieco wypłukiwania, ale nie boję się jego efektów. Swoją drogą szkoda, że tak krótko będzie się trzymał na włosach, a wersje permanentne są zbyt ciemne.  
4. Mane’n Tail, odżywka. Wielokrotnie przewinęła się na moim blogu i nie muszę chyba mówić, że była jedną z moich ulubionych. Znów kuleje dostępność. To dość świeża marka w sklepach zagranicznych, a w Polsce raczej nie mamy co na nią liczyć. Nada się zarówno do cienkich włosów, jak i tych trochę bardziej wymagających (choć ich nie dociąży). Dobrze emulgowała oleje i zdarzyło mi się nią kilka razy umyć głowę z dobrym rezultatem. Warto zwrócić na nią uwagę za granicą.
5. Kallos Keratin, maska do włosów. Wielokrotnie narzekałam na Kallosy, ponieważ są za słabe dla moich włosów. Przetestowałam ich trochę i tylko do dwóch czy trzech może wrócę kiedyś. Początkowo zastanawiałam się czy dobrze robię wybierając tą wersję, przecież moje włosy nie lubią hydrolizowanej keratyny. W ostatnim czasie zauważyłam, że uległo to nieznacznej zmianie i ta maska bardzo polubiła się z kłaczkami, albo one z nią. Wygładzała je, dociążała i w zasadzie nie zdarzyło mi się, by je puszyła. Starałam się nie sięgać po nią przy każdym myciu, może też ma to wpływ na dobry efekt.
Kallos Keratin czy warto kupić
6. The Body Shop JApan Cherry Bloosom, mgiełka. Kocham zapach kwiatu wiśni i szukam go stale. Natknęłam się na nie na wyprzedaży i od razu zaiskrzyło. Delikatne, przyjemne, przypadły mi do gustu. Używałam je w sporych ilościach przez ponad rok, każdego dnia. Należą do bardzo wydajnych i chętnie do nich wrócę gdy wykończę moje obecne perfumy. Polecam je miłośnikom lekkich zapachów i oczywiście kwiatów wiśni. 
7. Organic shop Apricot and mango, peeling. Konsystencją i zapachem przypominał mi serki Danio. Pokochałam go, ale było przy tym sporo nienawiści. Używałam go dwa razy w tygodniu maksymalnie, a mimo to przesuszał mi skórę. Zużyłam go do końca i łudzę się, że może to był zwykły zbieg okoliczności. Możliwe że przetestuje kolejne opakowanie, bo z żalem nie mogę powiedzieć o nim nic dobrego obecnie. W składzie ma na drugim miejscu alkohol i wydaje mi się, że trafiłam po prostu na wersję zmienioną pochodzącą z Estonii, ponieważ kwasów w ogóle nie widziałam na etykiecie. 
8. ziaja pro, krem złuszczający 5% kwas migdałowy. Tutaj porażka na całej linii. Schodziło mi go dużo, w ogóle nie działał na wypryski, nie widziałam poprawy. Musze jednak zaznaczyć, że na mnie małe stężenia rzadko kiedy działają. Nie spotkamy się ponownie.
9. Bielenda Professional Formula, maska oczyszczająca. Bardzo lubię te maski, gdyż moja cera po nich jest gładka i wygląda dużo lepiej. Problem stanowi ściąganie, ale nie jest to bardzo uciążliwe. Zużyłam całą i często do niej wracam.
10. Rexona motion sense shower clean, atyperspirant. Rexona to chyba jedyna marka, której produkty w ogóle na mnie działają. Wcześniej byłam nieco uprzedzona, ale mój tata, brat i chłopak kupują tylko je. Starczą na bardzo długo i mogę czuć się komfortowo przez prawie cały dzień. Podrażnienia nie występują, choć warto zwrócić uwagę że składy są w takich produktach nienajlepsze. Warto spróbować moim zdaniem. 
11.  Nacomi, peeling pokrzywowy. Za każdym razem gdy go używałam, na drugi dzień pojawiali się nieprzyjaciele. Dawałam mu wiele szans, ale niestety bez skutku. Ma dziwną konsystencję, pod palcami wyczuwa się jakby drobną zawiesinę. Twarz po umyciu pozostaje gładka i jakby pokryta jakimś filmem. Skład jest bardzo na plus, więc polecam spróbować mimo że u mnie się nie spisał.

12. Neonail, aceton. Trafiła do mnie niewielka buteleczka, ale bardzo przypadł mi do gustu. Lakier odmakał niemalże w ekspresowym tempie i nie musiałam się z nim zbytnio męczyć. Obecnie posiadam Sunflower i jestem niezadowolona. Dodatkowo ten aceton miał przyjemny zapach co rzadko się zdarza. Jeszcze po niego wrócę.
japan cherry bloosom
13. Eveline, pomadka peelingująca. Za każdym razem kiedy spotykam się z tą marką, kończy się niemalże spięciem prowadzącym do wybuchu. Zazwyczaj wszystko mnie uczula. Postanowiłam jednak nie poddawać się i wypróbowałam pomadkę peelingujacą. Gdy tylko przyłożyłam ją do ust połamała się, a nawet nie docisnęłam. Prawdopodobnie to był po prostu jakiś nieszczęśliwy zbieg okoliczności, ale już nie wskazywało na nic dobrego. Skład pomadki jest kiepski, po nałożeniu usta szczypały mnie niemiłosiernie, lecz przechodziło i nie widać było jakiś efektów ubocznych. Słabo peelingowała i jednak wolę moją ukochaną Sylveco lub domowy peeling.
14. ziaja, maska intensywna odbudowa (z ceramidami). Nie będę Was znó zanudzać. Po prostu tania, dobra i moja ulubiona. 
Trochę ubyło i większość kosmetyków spisała się dobrze. Cieszę się, że wyczerpałam dużo z moich zapasów. 

Jak Wasze zużycia ? 


Udostepnij:
zBLOGowani.pl Follow promujbloga.pl