Denko październik 2017

22:00:00

Cześć!


Nawet nie wiem kiedy minął mi ten miesiąc. Momentami przeraża mnie, jak szybko upływa czas. Nazbierało się trochę pustych opakowań oraz parę produktów, które ze względu na datę ważności również musiały wylądować w koszu na śmieci. W ten wietrzny wieczór zapraszam Was na luźny post - denko miesiąca października. Może znajdziecie kilka produktów, które szczególnie przyciągnął Waszą uwagę.


1. Lavera, odżywka do włosów nadająca połysk. Bardzo lubię produkty tej firmy, mimo że należą do specyficznych i nie każdemu mogą odpowiadać działaniem czy budyniową konsystencją i zapachem. Odżywkę zakupiłam w Tk. maxx i początkowo niekoniecznie byłam w niej zadowolona. Solo sprawdza się raczej średnio, ale w mieszankach pięknie dociąża włosy. Miałam czasem wrażenie jakby stawały się nieco sztywne, lecz po wysuszeniu całkiem okazywały się całkiem miłe w dotyku. Włosy rzeczywiście jakby po niej bardziej błyszczały i problem plątania praktycznie nie występował. W cenie za jaką można ją często dorwać czyli około 15 złotych, warto wypróbować.
2. Make Me Bio Maska do włosów intensywnie nawilżająca i wygładzająca. Jedna z moich ulubionych masek do włosów, które miałam okazję stosować w przeciągu ostatnich miesięcy. Świetnie dociążała włosy, przyjemnie pachniała i była bardzo wydajna. Dodatkowo może pełnić funkcję zarówno maski, jak i odżywki. Muszę przyznać, że bez wątpienia wybrałabym ją ponownie. Pełną opinię znajdziecie na tutaj. 
 make me bio, lavera i inne maski do włosów

3. dear klairs, fresh juiced vitamin drop. Serum z witaminą C, w którym się absolutnie zakochałam. Produkt rozjaśnia przebarwienia, cera staje się ładniejsza i jakby bardziej napięta. Kosmetyk jest bardzo wydajny, lecz pech chciał, ze oksydował i to nie tylko otwarta buteleczka. Z wielkim bólem serca wrzuciłam je do śmietnika. Cena jest wysoka, ale na prawdę warto.  Może jeszcze się na nie skuszę w przyszłości, a chwilowo sięgnę po tańszy zamiennik .
4. Ministerstwo Dobrego Mydła, olej z pestek śliwki. Pokochałam produkty naszej rodzimej marki już przy pierwszym spotkaniu. Ten maluszek pachnie równie cudownie, jak peeling śliwkowy który możecie brać w ciemno. Olej z pestek śliwki miał poprawić kondycję mojej cery, ale ta jak zwykle się zbuntowała. Świetnie nawilżał, lecz pojawiały się krostki. Ponieważ termin był coraz bliżej końca wykorzystałam go do stworzenia peelingu śliwkowego i śliwkowo - cynamonowego. Oba posiadają ten boski migdałowy zapach. Zdecydowanie godzien uwagi.
5. GOSH, foundation drops 002. O tym podkładzie przeczytacie wiele różnych opinii. Przywiozłam go ze sobą z Warszawy i był moim ulubieńcem kilka dobrych miesięcy. Kosmetyk ten nie zadowoli fanek mocnego krycia oraz osób z delikatną cerą. Oczywiście krycie można stopniowo budować, ale nie będzie to efekt wow. Mi to wcale nie przeszkadzało, ponieważ korektor robił swoje i świetnie współgrał z tym podkładem. Produkt jest rzadki, lejący i uwaga - ma bardzo dużo składników naturalnych, co totalnie mnie zaskoczyło. Ładnie wyrównywał koloryt i nie zapychał mojej kapryśnej cery. Możliwe, że kiedyś do niego wrócę.

dear klairs- witamina c
6. LUSH, cosmetic warrior. Po wielu miesiącach marudzenia i jęczenia w końcu trafiły do mnie kosmetyki Lush. Maseczka cosmetic warrior składa się z samych naturalnych składników. Pachnie nieco drożdżowo, jest bardzo gęsta i wydajna. Dla cery wrażliwej będzie raczej za mocna, a dla poszukujących oczyszczenia w sam raz. Na twarzy dość szybko zasycha, lecz pozbycie się jej nie sprawia problemu. Więcej opowiem Wam przy okazji pełnego posta na temat produktów tej marki. Poleca wypróbować!
7. The Ordinary Azelaic Acid 10%. Tanie kwasy o świetnym działaniu? To tylko The Ordnary! Ludzie oszaleli na ich punkcie i wcale mnie to nie dziwi. Początkowo byłam nieco sceptycznie nastawiona, bo nie widziałam rezultatów. Przy systematycznym stosowaniu pięknie wybielał pozostałości po wypryskach, a także goił te, które się dopiero pojawiły. Produkt nieco się klei po nałożeniu, warto więc odczekać tę chwilę aż zaschnie. W przeciwnym razie rano można obudzić się nieco poobklejanym jakimiś paprochami.
8. L'Oreal Paris, maseczka z glinką zielona wersja. To produkt, którego na pewno nie kupiłabym  w wersji pełnowymiarowej. Główną przyczyną jest słaby skład tych maseczek. Wypróbowałam jednak saszetkę i nie zauważyłam żadnych działań niepożądanych. Efektu wow też nie było, chociaż na chwilę zamieniłam się w ufoludka. Skóra wygładzona, nieprzyjaciele jakby trochę mniejsi. Raczej nie skuszę się na słoiczek.
The Ordinary, najlepsze i najtańsze kwasy na jesień
9. AA, Cream Butters Tucuma, żel pod prysznic. AA wypuściło na rynek bardzo ciekawe propozycje żeli pod prysznic zawierających składniki nawilżające skórę. Kiedy jednak widzę dość mocny detergent, to nie oczekuję po takim produkcie nawilżenia. Żel wspaniale pachniał, ładnie oczyszczał i był dość rzadki. Moja wymagająca skóra nie byłą po nim nawilżona, co najwyżej trochę mniej chropowata. Polubiłam się z nim, ponieważ nie wywołał swędzenia i spełniał swoje podstawowe zadanie - mył.
10. Greenfrog Botanic, żel pod prysznic. Miniaturę tego żelu otrzymałam we wrześniowej Liferii i szybko nadarzyła się okazja by go wypróbować. Produkt, tak jak przypuszczałam, bardzo szybko sięgną dna przez swoją bardzo rzadką konsystencję. Chcąc nie chcąc zawsze wylewałam go za dużo. Polubiłam go , ponieważ należy do bardzo delikatnych, a zarazem odświeżających. Cytrusowy zapach wręcz mnie uwiódł. Mimo wszystkich plusów, raczej do niego nie wrócę.
11.Vichy Normaderm. O tym gagatku pisałam cały post. Produkt mający w składzie bardzo silne detergenty. Moja cera zareagowała strasznie - wzmożony wysyp oraz ciągłe świecenie. Połowę butelki zużyłam na czyszczenie pędzli i gąbeczek do makijażu. 
12. Balneo, płyn micelarny. Dzielnie go używałam do samego końca, chociaż niemiłosiernie szczypał mnie w oczy. Wystarczyła dosłownie odrobina i czułam jakby mi je ktoś wypalał. Gorzej niż przy krojeniu cebuli! Dobrze oczyszczał, ale ze względu na wrażliwe okolice oczu więcej do niego nie wrócę. 

Czy żel pod prysznic może nawilżać?
13. Catrice camouflage, korektor odcień 005. Pamiętacie, jak wspominałam że dziesiątka ciemnieje już po 3 minutach? Ta wersja jest całkiem inna i idealna dla bladzochów! Niestety to nadal bardzo ciężki produkt i nie powinno używać się go codziennie do okolic oczu. Zazwyczaj i tak po niego sięgam, ponieważ najbardziej go lubię. 
14. GOSH, Volume Serum Mascara, maskara do sztucznych rzęs. Osobiście sztucznych rzęs nie posiadam, lecz ta maskara z tajemniczym grzebyczkiem całkowicie mnie oczarowała. Chociaż może nie wydłużała idealnie rzęs, to mimo wszystko dawała piękny efekt - zero sklejania! Raz wypróbowałam ją na doczepianych rzęsach i rzeczywiście efekt był świetny! Więcej na jej temat możecie przeczytać tutaj.
15. Golden Rose, korektor do konturowania w kredce. Tego korektora używałam głównie do ukrywania drobnych nieprzyjaciół oraz kilka razy pod oczy. Ładnie stapiał się z moimi podkładami, mimo że odcień nie do końca jasny. Nie przypuszczałam jednak, że kredka się tak szybko skończy. Szkoda, mógłby być nieco bardziej wydajny.
Idealny korektor pod oczy dla bladych osób
16. Gąbeczka. Niestety nie pamiętam z jakiej marki pochodziła ale chyba jakiejś włoskiej. Przybyła do mnie z Liferią, a ponieważ gdzieś zagubiłam moją blend it od razu zaczęłam jej używać. Nadaje się do nakładania większości podkładów, chociaż Kat nie chce z nią współpracować. Zużyła się po dwóch miesiącach maltretowania, co jest niezłym wynikiem. Ładnie wygładza, można nią świetnie rozetrzeć korektor wkoło oczu. 
alternatywa dla beauty blendera ?
17. Kringle Candle, Warm Cotton. W ostatnim czasie mój ukochany wosk i chyba muszę wybrać się po kolejny, bądź kupić dużą świeczkę. Pachnie świeżością, praniem  czy też pościelą. Bardzo przyjemny na jesienne dni.
woski idealne na jesień
Znalazło się też kilak produktów, o których zapomniałam i nie pojawią się na zdjęciach.
18. Ava, retinol 100%.  To serum więcej przeleżało, aniżeli było używane. Produkt, którego w zasadzie obawiałam się używać. Kilka razy wylądowało na mojej buzi i efekt był całkiem obiecujący. Bałam się, że mogą zostać mi po nim jakieś plamy, aż w końcu nadawało się jedynie do wyrzucenia. W przyszłości spróbuję ponownie do niego podejść.
19. Affect, Exciting Lashes Mascara Volume. Tego tuszu nawet nie zdążyłam otworzyć. Produkt dotarł do mnie w lipcu/sierpniu, a we wrześniu skończył mu się termin. Miałam w międzyczasie otwarte dwa inne tusze. Trochę szkoda, że się zmarnował. Inna kwestia, że tak krótkim terminem w ogóle nie powinien się u mnie znaleźć.
20. Golden Rose, eyeliner metaliczny. Dostałam go dawno temu, potem mi się o nim przypomniało. Zupełnie nie dla mnie, ponieważ nie maluję kresek. Chciałam go oddać, lecz jakoś nie było chętnych. Przeterminował się i zmuszona byłam go wyrzucić. 
21. Wibo, lip lacquer nr 4. Produkt o przepięknej barwie. Denerwował mnie tym, że wszystko się do niego przyklejało. Na plus zasługiwała trwałość, - zjadał się na prawdę ładnie i niezbyt szybko. Koniec końców przestałam go używać i się zestarzał. 

To już wszystkie moje zużycia. W przeciwieństwie do ostatniego miesiąca pojawiło się ich całkiem sporo. 

Upatrzyliście sobie coś ciekawego ? 



Zobacz także

0

Każdy pozostawiony komentarz cieszy serce, dziękuję ;) Będzie mi miło jeśli zostaniesz też na dłużej. Pamiętaj jednak, to nie miejsce na reklamę Twojego bloga!