Denko kosmetyczne

Denko sierpień 2018

Cześć!

Jesień powoli czuć w powietrzu i coraz częściej widać za oknami. Bywają momenty, że jeszcze jest całkiem przyjemnie i chodzą słuchy że jesieni nie będzie w tym roku. Chcąc nie chcąc dotarliśmy do września, na nowo zagości wrzawa w szkołach i na ulicach zrobi się tłoczniej niż zwykle. Ostatni miesiąc trzeciego kwartału będzie dla mnie czasem zabawy i niezwykle szybkiego tempa. Pierwszy post w tym miesiącu poświęcony będzie produktom, które dobiły dna. Przed Wami denko sierpnia 2018.

  1. The Body Shop, masło do demakijażu Camomile. Pisałam o nim jakiś czas temu. Masełko to jeden z lepszych produktów do demakijażu jakie miałam okazję używać. Większość używa go w metodzie OCM, sama zaś używałam go solo. Kosmetyk świetnie radzi sobie z każdym rodzajem makijażu, choć oczy pomalowane cieniami warto przemyć wcześniej płynem bądź mleczkiem (wyłącznie dlatego by nie rozprzestrzeniać np. świecących cieni na całą twarz i pozbyć się ich z kącików). Na mojej kapryśnej cerze nie zrobił nic złego, choć obawiałam się wysypu. Pozostawia skórę przyjemną w dotyku.
  2. Skin 79, Peel Free. Peeling gommage, czyli peeling enzymatyczny który po paru minutach zasycha i po pewnym czasie wykonuje się masaż twarzy z jego użyciem. Bardzo polubiłam się z produktami marki skin 79, a jednak ten nie bardzo przypadł mi do gustu. Po każdym użyciu bacznie obserwowałam skórę i nie zauważyłam większych efektów, poza oczyszczeniem. Przypominał mi tańszy peeling innej marki, może dlatego nie jestem do niego za bardzo przekonana. Do bubli z pewnością nie należy, ale raczej do niego nie wrócę.
  3. MAC, Prep+Prime, puder. Szukałam pudru bez talku i tak oto trafił do mnie ten drobno zmielony białasek. Bardzo miły w dotyku, pozostawia cerę gładką i zdrowo wyglądającą. Zawiodłam się jednak, gdyż nie przedłuża trwałości makijażu na tak długo jak bym chciałam. Czasami nawet już po dwóch godzinach potrafiłam się świecić. W strategicznych miejscach ścierał się momentalnie wraz z podkładem. Oczekiwałam czegoś więcej.
  4. Yope, żel pod prysznic Kadzidłowiec i rozmaryn. Byłam przekonana, że nie zniosę zapachu tego żelu. Ostatecznie zakochałam się w tej woni i będę ją długo wspominać. W składzie produktu znajdują się delikatniejsze detergenty oraz naturalne ekstrakty, takie jak z kadzidłowca – łagodzi podrażnienia i podobno ujędrnia skórę! Z miłą chęcią po niego sięgałam, ponieważ na mojej skłonnej do podrażnień skórze nie wywołał żadnego uczulenia i nie wysuszał jej niepotrzebnie. Myślę, że wypróbuję pozostałe wersje zapachowe w przyszłości.
  5. Gillette, satin care pianka do golenia. Czasami zdarza mi się kupić pianki właśnie tej marki, choć w zupełności odpowiada mi biedronkowa. Wolę takie w formie żelu, ponieważ można je nakładać w odpowiedniej ilości, zamieniają się w puszystą pianę i w opakowaniu mieści się ich więcej niż w przypadku tradycyjnych pianek. Wersja przeze mnie używana pozbawiona jest silnego zapachu i nie podrażnia, a wręcz łagodzi podrażnienia powstające przy goleniu.
  6. Garnier Fructis, Densify. Kupiłam ją dawno temu, gdy wycofywana była z Rossmanna. Używałam jej wyłącznie do usuwania oleju z włosów.
  7. Cosnature, olejek jabłko i granat. Skończył mi się w zeszłym miesiącu, lecz całkowicie o nim zapomniałam. Postanowiłam powiedzieć Wam co nieco o nim teraz, ponieważ jest wart uwagi. Posiada niezwykle przyjemny zapach, łagodzi podrażnienia na skórze i nadaje się do olejowania włosów. To olejek wielozadaniowy i nie wydamy na niego fortuny.
  8. Bandi, Tricho esthetic, peeling do skóry głowy. Post o nim pojawił się na samym początku roku i do dziś nie zmieniłam zdania na jego temat. Jest to zdecydowanie jeden z lepszych peelingów oczyszczających skórę głowy i dających fantastyczne rezultaty. Efekty są szczególnie widoczne u panów, u których często widać złuszczony naskórek. Pod palcami czuć poślizg i widać włosy odbite u nasady. Nic się nie martwcie, wszystko się spłukuje i po myciu nie ma ani śladu użycia.
  9. Syoss, lakier do włosów keratin. Bardzo rzadko używam tego typu produktów, dlatego lakier przeleżał u mnie sporo czasu i resztkę musiałam wyrzucić. Coś musiało uszkodzić się od wewnątrz, być może został za mocno wstrząśnięty. W każdym razie zablokował się spust i nie mogłam nim spryskać włosów mimo wielu prób i kombinacji. Wspominam go jako przeciętniaka, ale jak na moje trudne włosy radził sobie całkiem ok.
  10. Dr Jart, cicapar. Kremik kamuflujący niedoskonałości i mój ostatni hit! Prawie całe lato używałam go zamiast podkładu, by buzia wyglądała świeżo. Krem ten jest zielony, ale po rozsmarowaniu zmienia kolor i nie widać go praktycznie na buzi. Poza tym czerwone naczynka czy zmiany przestają rzucać się w oczy. Działa trochę jak kamuflaż, choć do korektora mu daleko. Oczarował mnie również jego zapach. Miniaturka starczyła na wiele użyć i mam zamiar kupić pełnowymiarowe opakowanie.
  11. Garnier mineral, action control dezodorant w kulce. Od jakiegoś czasu o wiele bardziej lubię taką formę dezodorantów. Posiadają delikatne zapachy i przy ich użyciu nie pojawia się chmara dymu! Te od Garnier bardzo dobrze chronią i wracam do nich często. Z pewnością ten nie jest ostatnim.

Tak oto dobrnęliśmy końca. Trochę się nazbierało, choć w przyszłym miesiącu spodziewam się jeszcze większej gromadki. W końcu jak się kończy to wszystko na raz!

Znacie któryś z produktów? Jakaś pozycja szczególnie zapadnie Wam w pamięć? Jak Wasze denka? Gotowi na jesień i wrześniowe klimaty?

Pozdrawiam!

Udostepnij:
zBLOGowani.pl Follow promujbloga.pl