Denko kosmetyczne

Denko kosmetyczne luty 2020

Cześć!

Ostatnie dni były pełne niespodzianek i dobrych emocji, chociaż zdarzały się chwile które próbowały rzucić na nie cień. Starałam się zebrać i naskrobać tutaj coś wcześniej, tylko tydzień minął mi w mgnieniu oka, a sytuacje pogarszała okropna pogoda uniemożliwiająca pracę nad kadrami i przywołująca sen. Dopiero wczoraj w końcu udało mi się zrobić kilka zdjęć i oto dziś pojawia się szybkie denko kosmetyczne podsumowujące luty 2020. Czy tym razem lista ulubieńców była dłuższa niż bubli?

  1. Babydream, szampon. Kiedyś był ulubieńcem wielu i ja skusiłam się na niego, licząc że znów mnie nie zawiedzie. Pewna delikatnych detergentów, których wyjątkowo potrzebowałam po keratynowym prostowaniu, wrzuciłam go do koszyka. Cóż, raz na zawsze nauczyłam się tego dnia, że nawet jeśli się o tym głośno nie mówi w przypadku danego produktu, to jednak warto sprawdzić skład. Tutaj właśnie uległ on zmianie, na dużo gorszy i zawdzięczałam mu przesusz i kołtun. Za to moja druga połowa miała po nim włosy cudownie pachnące i mięciutkie. Zużyłam go na czyszczenie gąbek do makijażu i na włosach dziecka raczej bym go nie użyła
  2. Pure, Oczyszczający płyn micelarny. Kolejne opakowanie przestałam liczyć więc ciężko mi powiedzieć które z kolei. Produkt idealny dla mojej cery, nie tylko usuwa makijaż, ale też łagodzi pojawiające się wypryski i cudownie pachnie! Nie nadaje się za to do zmywania oczu, bo lubi szczypać. Pełną recenzję znajdziecie wpisując „Pure” w lupkę.
  3. Revon Colorstay, 150 buff, podkład do skóry mieszanej i tłustej. Produkt ten mogłabym bez dwóch zdań nazwać moim ulubieńcem. Zużyłam mnóstwo opakowań i chociaż testuje nowe, zawsze do niego wracam. Niebywałym plusem jest, że ma jasny odcień, długo trzyma się na cerze i co dziwne, mimo ciężkiej konsystencji jako jeden z niewielu kompletnie nie szkodzi mojej skórze – nie zapycha jej, nie pogarsza jej stanu. Nie mam pojęcia dlaczego tak się dzieje, bo skład w tym przypadku jest naprawdę mało zachwycający. Znów do niego wrócę, na pewno! Tym bardziej że starcza mi na długo.
  4. Catrice, Camouflage, korektor 005. Korektor dla którego po dziś dzień znalazłam tylko jeden zamiennik z tych w porównywalnej cenie. Bardzo dobrze kryje, ma jasne odcienie w ofercie i dobrze się trzyma. Minusem jest oczywiście, że należy do ciężkich i lubi zbierać się w załamaniach.
  5. Pixi, Vitamin C Juice Cleanser. Seria z witaminą C to jedna z lepszych w ofercie marki. Ten produkt oczyszczający delikatnie oczyszcza, intensywnie pachnie cytrusami, ma bardzo dobry skład i dodatkowo może wpływać na cerę tonizująco oraz rozjaśniająco przy regularnym stosowaniu – w moim przypadku tego zabrakło. Niestety produkty z tej serii szybko się utleniają i należy mieć to na uwadze, że trzeba je jak najszybciej wykończyć.
  6. Pixi, overnight glow serum. Seria glow jest uwielbiana przez wielu, mi jednak w ogóle nie podeszła i większość produktów po prostu rozdałam przyjaciołom i znajomym. Serum użyłam kilka razy, na cerze pojawiały się krostki lub zaczerwienienie i zrezygnowałam z jego użycia na jakiś czas… tyle że zupełnie o nim zapomniałam i się przeterminowało. Ciężko mi o nim cokolwiek powiedzieć, ale z pewnością to nie jest produkt dla każdego.
  7. Roge Cavailles, dermo-UHT, ultrabogaty żel myjący. Ostatni z trzech testowanych przeze mnie żeli tej marki dobił dna. Pokochałam je całym serduszkiem, albo raczej ciałem. Uwierzcie, że kiedy wszystko wywołuje swędzenie i musicie uważać na każdy detergent, to kiedy w końcu jakiś żel/płyn odpowiada Waszej skórze osiągacie pełnię szczęścia. Wyjątkowo delikatny, o bardzo subtelnym i prawie niewyczuwalnym zapachu. Polecam każdemu kto ma problem z wrażliwą skórą. Może nie jest najtańszy, ale za to wydajny.
  8. LaQ, peeling myjący pralinka. Słodki dopieszczasz zmysłów, który przypominał mi chałwę. Uwielbiałam oczyszczać i nawilżać nim ciało. Masaż z jego udziałem to sama przyjemność! Niestety to edycja limitowana i nie ma nic słodkiego w ofercie marki w tej chwili na pocieszenie.
  9. skin79, water oil moist rose. Bardzo przyjemna esencja, dla osób których cera nie przepada za treściwymi i ciężkimi kosmetykami. Nawilża, pozostawia skórę gładką i nie powoduje zapychania. Bardzo delikatny kosmetyk, szybko się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy. Na blogu znajdziecie pełną recenzję. Resztka mi się przeterminowała.
  10. Lirene, ultra zmiękczający krem-maska do stóp. Rzadko używam produkty Lirene,  a kosmetyki do stóp niezależnie od marki pojawiają się u mnie rzadko. Krem-maska to jeden z tych produktów, który pojawia się u mnie od lat, ponieważ najlepiej załatwia sprawę suchych, zrogowaciałych stóp. Wielokrotnie udowodnił, że nic nie pobije go w nawilżaniu i złuszczaniu. Dodatkowo jest bardzo tani i wydajny. Należy tylko pamiętać o dokładnym umyciu rąk po zastosowaniu, a najlepiej używać rękawiczek.
  11. O figa, Uwaga granat, żel pod oczy. Ostatnio o marce zrobiło się głośno, ponieważ ktoś odważył się napisać niezbyt przychylną opinię. Uważam, ze jesteśmy tu po to by dzielić się swoimi odczuciami, więc ja dorzucę swoje trzy grosze. Po wielu świetnych recenzjach oczekiwałam wiele od tego produktu, niestety poza dobrym składem nie ma nic w sobie specjalnego. W moim przypadku skóra nie stała się bardziej napięta, nie zniknęły też przebarwienia. Był sobie, nie wadził, ale też nic nie robił.
  12. Tulua, krem odżywczy z efektem „WOW”. W moim przypadku wow niestety nie było. Długo zachwycałam się jego puszystą konsystencją, treściwy jak nic i o cudownym składzie. Maleńkie opakowanie zawiera w sobie dobroć, którą należy zużyć w ciągu 3 miesięcy. Niestety za każdym razem kiedy robiłam do niego podejście, na drugi dzień budziłam się cała w małych krostkach, ewidentnie mnie zapychał. Starałam się bardzo zużyć go do końca, ale żal mi było mojej cery. Dla mnie za ciężki, pozostawiał też tłustą warstwę i wszystko lepiło mi się do cery.
  13. Zielone Laboratorium, maska do włosów odbudowująca. Chociaż miała zapach jabłko-mięta, którego nie potrafię znieść, to bardzo się z nią polubiłam. Wspaniale wygładzała włosy, pozostawiała je sypkie i nawilżone. Czasami zdarzało jej się przeciążyć moje kłaczki, ale to przez to że jest bardzo treściwa. Odsyłam Was do pełnej recenzji tego kosmetyku jeśli macie ochotę dowiedzieć się więcej.
  14. Yves Rocher, miniaturka kremu do rąk z edycji świątecznej. Produkt z którego korzystałam głównie w pracy. Otulał ręce lekkim filmem ochronnym. Jeśli chodzi o działanie, nie zauważyłam żeby szczególnie nawilżał dłonie, ale przyjemnie pachniał – lekko pudrowo, lekko migdałowo. Raczej nie skusiłabym się na produkt pełnowymiarowy bo oczekuje wiele od kremu do rąk, które są stale suche.

 

Podsumowując, chyba doliczyłam się jednak więcej kosmetyków, z których nie byłam zadowolona. Niemniej jednak nie zniechęca mnie to do kolejnych testów, lubię odkrywać nowe kosmetyki.

Co w Waszych denkach piszczy? Który produkt mieliście bądź Wam się spodobał? Może mój bubel to Wasz hit?

zBLOGowani.pl Follow promujbloga.pl