Denko kosmetyczne

Denko kilku ostatnich miesięcy || lipiec-październik 2020

Cześć!

Na blogu od dawna panowała głucha cisza. Wydaje się, że kiedy człowiek ma ogrom czasu, to powinien go wykorzystywać na wszelkie możliwe sposoby i umieć go zagospodarować tak, by nie stracić ani minuty. Życie jednak płata figle i z planów zostają jedynie zapisane kartki w notesie. Każdego dnia powtarzałam sobie, że będę pisać posty, czytać stosy zalegających na półkach książek i wiele więcej. Sama nie wiem, czy to melancholia, jesień, pandemia, ciąża czy wszystkiego po trochę sprawiły, że jedyne co miałam ochotę robić to „nic”. Dzień mijał za dniem, a ja nawet nie wiedziałam na co go traciłam. Każdy powtarzał, że powinnam odpoczywać, a nie robić sobie wyrzuty i że tak zwyczajnie jest. W końcu jakoś zbuntowałam się sama w sobie i zmobilizowałam się by napisać dla Was post. Ba! Nawet w zamyśle jest już wszystko co potrzebne, by stworzyć kolejny. Mam nadzieję, że nie będziecie mi mieć za złe, że póki co posty będą raczej sporadyczne, ale powoli podnoszę się z popiołów, mojego lenistwa, niemocy? Jeśli czujecie niedosyt to na Instagramie jest mnie o wiele więcej i serdecznie zapraszam.

Przed Wami denko ostatnich kilku miesięcy od lipca do października i wbrew pozorom nie będzie tasiemcem, ponieważ w ciąży mocno ograniczyłam zużycie kosmetyków. To co gotowi?

  1. Yope, żel pod prysznic rabarbar róża.

    Yope przewija się u mnie od dość dawna i zużyłam już trochę ich kosmetyków. Żele pod prysznic wciąż zadziwiają mnie tym, że chociaż zawierają składnik na który moja skóra zwykle reaguje świądem, nic złego się po nich nie dzieje. Możliwe, że to kwestia ilości tego składnika i całej kompozycji. Rabarbar i róża to zdecydowanie jeden z fajniejszych zapachów, słodki lecz nie przytłaczający.  Dość długo utrzymuje się na skórze. Szczerze, róży praktycznie nie wyczuwałam. Żel delikatnie się pieni i dobrze oczyszcza skórę. W składzie mamy raczej delikatne detergenty (uwaga na składnik o którym wspominałam cocamidopropyl betaine) oraz kilka naturalnych składników – ekstrakt z ananasa, ekstrakt z klementynki, ekstrakt z maliny, ekstrakt z owoców jeżyny.

  2. Bielenda, maseczka z bioaktywnym fermentem drożdżowym.

    Glinka, puder ryżowy, olej awokado, puder kokosowy, zmielone pestki lnum, ferment. Poza ciekawym składem, działanie tej maseczki naprawdę wypadło na plus. Cera wygładzona, miła w dotyku, wyraźnie uspokojone stany zapalne. Przyjemny zapach i konsystencja. Niestety nie zachwyciła mnie cena jak za maseczkę jednorazową i raczej wolałabym kupić ją w tubce na wiele razy. Poza tym, produkt wart uwagi.

  3. Bielenda, Maseczka GREEN TEA 2w1 z peelingiem luffa, detoksykująca.

    Maseczką ratowałam się, podobnie jak tą powyżej, podczas wakacji. Na mojej skórze pojawił się spory wysyp i szukałam czegoś o dobrym składzie. Mamy tutaj puder z trukwy egipskiej, ekstrakt z zielonej herbaty, ekstrakt z ogórka, mielony len, nasiona borówki, pantenol. Zielony kolor produktu wywoływał uczucie radości. Bardzo przyjemna, żelowa konsystencja z licznymi drobinkami. Skóra po użyciu wyraźnie oczyszczona, dodatkowy atut to uczucie świeżości. Maska pięknie pachnie. Podobne zarzuty jak powyżej – cena i pojemność.

  4. Nature Queen, hydrolat ogórek.

    Z trzech testowanych przeze mnie hydrolatów tej marki, ten był zdecydowanie moim ulubionym. Odświeżał, delikatnie nawilżał i uroczo pachniał ogórkiem – chociaż znam takich co nie przepadają za tym aromatem. Używałam go nie tylko do skropienia cery pod makijaż lub aby zniwelować pudrowy efekt w makijażu, ale też jako podkład podczas olejowania włosów. Oczywiście ten kosmetyk można wykorzystać jeszcze na wiele innych sposobów. Myślę, że warto się na niego skusić.

  5. cafe mimi, maska do włosów z ceramidami.

    Zacznę od minusów. Po pierwsze mała pojemność, powoduje że niezbyt długo się nią nacieszymy, szczególnie jeśli mamy długie włosy. Pamiętam, że gdy zobaczyłam zamówienie byłam w szoku, że ona jest aż tak mała. Druga kwestia to działanie. Wygładza, włosy są miękkie, ale nadal nie przebija o połowę tańszej i większej Ziaji. Plusem jest natomiast miły aromat i dobry skład. Znajdziemy w niej sok z aloesu, ekstrakt z jaśminu, olej migdałowy i ekstrakt z oczaru. Raczej nie skuszę się na nią ponownie, bo bardzo szybko zobaczyłam dno pojemniczka. Za to małe opakowanie fajnie się wykorzystuje do spieniania szamponu.

  6. Papilio, śliwkowy krem do cery normalnej, tłustej i mieszanej.

    Kremik zachwycił mnie od pierwszego użycia. Przede wszystkim jego niesamowita, puszysta formuła. Jest niesamowicie tłusty, a wydaje się być lekką pianką, którą rozprowadzamy na twarzy. Zapach ma całkowicie naturalny i kojarzył mi się z czystym masłem shea. Bardzo łatwo z nim przesadzić, a wtedy wchłania się koszmarnie długo i pozostawia tłustą warstwę. Dobrze jest go nałożyć na zwilżoną twarz. W moim przypadku krem sprawdził się rewelacyjnie wygładził cerę, przyspieszył gojenie nieprzyjaciół i ogólnie poprawił jej stan. W składzie masło mango, olej z pestek śliwki, olej z nasion czarnuszki, olej z kiełków pszenicy, olej kokosowy i słonecznikowy oraz witamina E. Słoiczek jest malutki, ale starczy na bardzo długo i wcale nie tak łatwo zużyć go przed upływem terminu przydatności.

  7. Bio-oil.

    Nigdy nie rozumiałam zachwytów nad tym produktem i w zasadzie nadal nie rozumiem. U mnie był problem z wykończeniem tak małej buteleczki, bo jakoś nie ciągnęło mnie do używania. Owszem, dobrze nawilża i natłuszcza skórę, ładnie pachnie, ale skład ma przeciętny i w tej cenie można kupić o wiele lepsze olejki.

  8.  Bandi, Anti Irritate, Emoliencyjne masełko oczyszczające 2 w 1.

    Już dawno pokochałam masła do mycia twarzy, bo to produkty o podwójnym działaniu. Nie dość, że oczyszczają, to jeszcze pozostawiają skórę wstępnie wypielęgnowaną. Seria Anti Irritate powstała z myślą o skórze wrażliwej wymagającej specjalnej pielęgnacji. Początkowo nie mogłam nauczyć się jak używać tego masła, wydawało mi się za tłuste i ciężko było mi je zmyć. Potem odkryłam, że najlepszy sposób to nałożenie rozgrzanego w dłoniach kosmetyku na wilgotną skórę. Dodatkowo lepiej usuwa się je płatkiem kosmetycznym, ale da się je też zmyć wodą. Pozostawia na skórze delikatny film, co jakoś specjalnie mi nie przeszkadza. Skład nie jest naturalny, więc dla miłośniczej takiej wersji niedawno powstało masełko od dr Skin Clinic o identycznym działaniu. Bardzo delikatny produkt.

  9. Vis Plantis, kremowy drobnoziarnisty peeling do twarzy.

    Z moją skłonnością do wyprysków, raczej sięgam po peelingi enzymatyczne. Natomiast kiedy cera ma dni swej świetlności, to lubię wypróbować też te z drobinkami. Peeling Vis Plantis jest naprawdę kremowy, bardzo drobno zmielone drobinki przypominają piasek z nadmorskiej plaży. Masaż nim nie powinien nikomu zrobić krzywdy i moim zdaniem to sama przyjemność, jest naprawdę delikatny! Wśród składników znajdziemy wosk pszczeli, olej arganowy, filtrat ze śluzu ślimaka oraz ekstrak z jagód goji. Skład jest oczywiście dłuższy, ale całkiem dobry. Efekt – miła w dotyku, gładka cera.

  10. fitokosmetik, szampon gorczycowy.

    Wierzcie mi lub nie, ale te szampon zdobył moje serce całkowicie. Jeszcze chyba nigdy nie byłam zadowolona z naturalnego myjadła do włosów. Zapach tego cuda jest przepiękny, podobnie jak i kolor, ale przecież o działanie chodzi. Moje włosy po umyciu nim były gładkie, miłe w dotyku, lejące i dobrze odbite u nasady. W składzie znajdziemy hydrolat z indyjskich orzechów piorących, ekstrakt z oczaru, olej z kiełków pszenicy, ekstrakt z nasion białej gorczycy, ekstrakt z miodu, ekstrakt z malwy  oraz w miarę delikatne detergenty. Szampon można kupić już za 8 złotych w drogeriach internetowych, więc myślę że to zachęca do wypróbowania. Planuję kupi go ponownie.

  11. Barwa naturalna, odżywka ryżowa odmładzająca.

    Odżywki Barwa Naturalna szybko podbiły serca włosomianiaczek i był nawet moment, że ciężko było je gdziekolwiek dostać. Wcale mnie to nie dziwi, bo kosztują grosze i potrafią działać cuda. Odżywka z proteinami ryżu i ekstraktem z ryżu nie była akurat moją ulubioną. Całkiem fajnie sprawdzała się w myciu jako pierwsze O w metodzie OMO. Nie zrobiła nigdy krzywdy moim włosom i nawet z łatwością się jej poddawały, ale myślę że solo raczej by się nie spisała w moim przypadku. Zawiera olej kokosowy, który moje włos średnio tolerują, poza tym co za dużo protein to nie zdrowo.

  12. Indola, hydrate BB cream.

    Nie przepadam za tego typu odżywkami, wolę takie o bardziej naturalnym składzie. Traktowałam ją jako odżywkę i normalnie spłukiwałam, ponieważ nałożona po myciu za bardzo obciążała moje włosy. Dobrze wygładzała i pozostawiała kosmyki sypkie. Skład produktu średni, ale zawiera olej jojoba i hydrolizowaną keratynę.

  13. Decleor, Aromessence Svelt.

    Olejek o bardzo wyrazistym, cytrusowo-ziołowym zapachu, który spodobałby się miłośniczkom aromaterapii. Wyposażony w atomizer, dzięki czemu łatwiej go rozprowadzić na skórze, aczkolwiek nie jest on najlepszej jakości. Wcierałam go w ciało i stosowałam do olejowania włosów, przyznam że w obu przypadkach się sprawdził. Omówienie składu i dłuższą opinię znajdziecie w poście o marce Declor, wystarczy że wyszukacie w lupce.

  14. Bielenda, Sexi Mama.

    W ciąży należy od początku pamiętać o dobrym nawilżaniu i natłuszczaniu okolic brzucha i nie tylko. Olejek dostałam w prezencie od przyjaciółki i szybko zastąpił mi balsam z Palmers. Dobrze się go nakłada i rozprowadza na skórze. Pięknie pachniał, ale przede wszystkim pozwolił opanować uczucie swędzenia rosnącego brzuszka. Czy zapobiega rozstępom? Nie mam pojęcia, tutaj działa głównie genetyka, ale mam nadzieję że chociaż minimalnie przyczynił się do ograniczenia ich powstania po ciąży i w trakcie. Obecnie kupiłam kolejny olejek Bielendy z nieco lepszym składem i również jest nieoceniony.

  15. Mydło Stacja, peel – maseczka owocowe podróże.

    Maseczka z glinką i olejami, która niestety dla mojej cery była odrobinę za tłusta. Dobrze natłuszczała i pozostawiała skórę gładką, ale na drugi dzień potrafili pojawić się nieprzyjaciele. Nie to jednak spowodowało, że zużyłam jej może połowę. Produkt ma bardzo gęstą i olejową konsystencję, ciężko się go nakłada i jeszcze gorzej zmywa. Dodatkowo termin przydatności jest dość krótki, co jest zarówno zaletą jak i wadą. W składzie znajdują się biała glinka, masło kakaowe oraz kokosowe, olej migdałowy oraz morelowy, ekstrakt z owoców granatu, ekstrakt z żeń-szenia, olejek eteryczny z grejpfruta, olejek eteryczny z cytryny.

  16. Phenome, maseczka Vitality Shine.

    Kolejny produkt, z którym się nie polubiłam ze względu na formułę. Tym razem mamy do czynienia z lekką żelową konsystencją, która nie zastyga i strasznie się lepi. Maska jest całonocna i trudno mi było z nią wysiedzieć przez kilka godzin, a co dopiero gdybym miała nałożyć ją na całą noc. Mimo wszystko ma dość dobre działanie, cera jest rozświetlona, wygładzona i miła w dotyku po jej użyciu. Dla osób którym formuła nie przeszkadza będzie idealna. Wśród składników znajdują się między innymi żel aloesowy, ekstrakt z jabłka, wyciąg z miłorzębu, ocet owocowy, wyciąg z aceroli, ekstrakty ze skórki pomarańczy i cytryny, ekstrakt z anansa, hibiskusa i grejpfruta, kompleks ekstraktów w kłącza irysa, czerwonego żeńszenia i czerwonej winorośli, wyciągi z zielonej herbaty i liczi, kompleks ekstraktów z kasztanowca, owsa i pszenicy.

  17. Cztery szpaki, peeling róża i baobab.

    Zadziwiający kosmetyk o świetnym działaniu oczyszczającym i natłuszczającym. Drobinki cukru nie są ostre, lecz drobne i nie rozpuszczają się zbyt szybko podczas masażu. Na skórze pojawia się olejowa warstwa, która zwykle pozostaje niezbyt wyczuwalna po wytarciu ręcznikiem. Skóra jest bardzo miła w dotyku po takim spa z jego użyciem. Dla mnie pachniał jak herbata. To przede wszystkim cukier brązowy, olej lniany, masło shea, pestki dzikiej róży, olej jojoba, wosk pszczeli, olej z baobabu, olejki eteryczne z grejpfruta, róży i geraniowy.

  18. Babuszka Agafia, maska drożdżowa na porost włosów.

    Są tacy, którzy nie mogą jej używać bo odrzuca ich zapach. Sama należę do tych, dla których jest on intrygujący, niecodzienny, a nawet przyjemny. Ma coś z drożdży, ale nie na tyle by nie dało się go zaakceptować. Konsystencja rzadkiego budyniu ułatwia rozprowadzanie jej zarówno na skórze głowy, jak i na włosach. Spłukuje się ją bez problemu i pozostawia włosy wygładzone, ale nie przyklapnięte. Czy wpłynęła na wzrost włosów? Ciężko mi to ocenić, w zasadzie tego nie sprawdzałam. Składnik to ekstrakt drożdżowy, wyciąg z liści i kory brzozy, wyciąg z omanu wielkiego, wyciąg z liści mącznicy lekarskiej, wyciąg z owoców ostropestu, olej z kiełków pszenicy, olej z nasion porzeczki, olejek cedrowy i olej różany. Moim zdaniem bardzo dobry produkt i na pewno do niego wrócę. Pomagał mi okiełznać włosy, kiedy nie dawałam sobie rady.

  19. Yope, mydło do rąk Kwiat Lipy.

    Na zdjęciu widzicie butelkę już wypełnioną przez mydełko z saszetki. Mydło kwiat lipy używałam przez około dwa miesiące, w tym również do czyszczenia pędzli. Bardzo lubiłam jego delikatny zapach i działanie. Poza tym ma chyba najładniejsze opakowanie ze wszystkich mydeł Yope. Zawiera ekstrakt z rumianku, olej lniany, wyciąg z kwiatów lipy i wyciąg z kwiatów nagietka. Jedyny minus, jest dość gęste i lepiej od razu zmywać żółtą maź z umywalki, bo potem trzeba chwilę z nią walczyć.

  20. Pure by Clochee, łagodząca mgiełka do twarzy.

    Produkt o bardzo delikatnym działaniu i przyjemnym zapachu. Spryskiwałam nią cerę, a także stosowałam ją jako podkład pod olejowanie i w końcowym stadium stworzyłam z nią, olejek i aloesem mieszankę do olejowania włosów. Stosowana na skórę przyjemnie odświeża, koi i niweluje pudrowy wygląd skóry w przypadku nakładania makeup. Świetna do stosowania zarówno latem, jak i zimą w pomieszczeniach gdzie jest suche powietrze. Zawiera wodę lawendową, sok z aloesu, wodę różaną, ekstrakt z rumianku oraz ekstrakt z nasion lnu. Jest bardzo wydajna i dostaniecie ją w dobrej cenie.

  21. Nature Queen olejek awokado i olejek różany.

    Dwie miniaturki, które zużyłam w zasadzie na cztery olejowania. Moje włosy zdecydowanie bardziej polubiły się z wersją różaną. Niestety etykiety mi się zalały i wstyd je było tu pokazywać.

Denko, oj denko

Miało nie być tasiemca, ale się trochę rozpisałam. Mam nadzieję, że udało Wam się dobrnąć do końca i może znaleźliście na tej liście również coś dla siebie.

Jak tam Wasze zużycia? Coś godnego uwagi możecie mi polecić? Może któryś z kosmetyków szczególnie Was zainteresował ?

 

zBLOGowani.pl Follow promujbloga.pl